Karpacz - Legia

Pewnego razu wskoczyłem w najki założyłem bluzę mojej kochanej LEGII i pojechałem z bracholem do Karpacza. Brach to gość, pod krawatką lata i jakieś interesy ubija. Byliśmy dwa dni nie powiem, żeby było źle, ale jak te WIS-y sie zbiegły to trochę w dziób oberwałem. A ilu tamtych stłukłem ho, ho. Potem po Karpaczu chodziłem już bez ulubionej koszulki, ale za to z niezłym limem pod okiem. Karpacz to lajtowa mieścina można sączyć browca, a ludzi tu pełno, ale innych niż w stolicy. Wyobraźcie sobie, co ja tam musiałem pić. Nie było Królewskiego, a przecież Lech, Warka, Żywiec, Piast i wiele innych odpada, więc zamówiłem czeskie piwo Karkonoszy i było dziwne, ale po 5 tym podeszło mi. Kupiłem nawet koszulkę Karpacz i dam siostruni-maluni mniech się cieszy. Jak wracaliśmy przez ten pokopany Wrocek to powiesiłem w szybie naszą flagę Legii, ale się pluli. Brachol mówił, że za tydzień też pojedzie.

Inne z tej kategorii